Aktualności Bankowe

Category Archive Aktualności Bankowe

Uwaga na zmiany w prawie bankowym

Niczym nieuzasadniony przywilej, anachronizm, relikt przeszłości, zasadzka na nieuświadomionych konsumentów? A może mechanizm dyscyplinujący kredytobiorców, chroniący banki przed długotrwałymi i kosztownymi procesami sądowymi, konieczność w gospodarce rynkowej? Pytania o miejsce bankowego tytułu egzekucyjnego w polskim systemie prawnym pozostają aktualne. Zwłaszcza w kontekście przygotowywanych zmian w jego konstrukcji.

W Ministerstwie Gospodarki opracowano założenia do nowelizacji art. 96 i 97 Prawa bankowego oraz art. 7862 Kodeksu postępowania cywilnego. Założenia do projektu ustawy to oczywiście tylko preludium procesu legislacyjnego. Jednak lektura tego materiału pozwala na wyciągnięcie wniosków, w którą stronę zamierza iść ustawodawca. Zwłaszcza, że założenia do projektu nowelizacji były już konsultowane miedzy innymi ze Związkiem Banków Polskich, PKPP Lewiatan, Krajową Izbą Gospodarczą oraz Federacją Konsumentów. Jeśli ustawodawca rzeczywiście jest racjonalny, to nie powinien istotnie zmieniać pryncypiów uzgodnionych w trakcie tak szerokich konsultacji społecznych. Co ma być przedmiotem zmian?

Przede wszystkim ograniczony ma zostać katalog czynności bankowych, w przypadku których będzie możliwe złożenie oświadczenia o poddaniu się egzekucji, a w konsekwencji wystawienie Bankowego Tytułu Egzekucyjnego (BTE). Instrument ten miałby służyć przyspieszeniu egzekucji tylko w przypadku:

– udzielania kredytów,

– udzielania pożyczek,

– udzielania i potwierdzania gwarancji bankowych oraz otwierania i potwierdzania akredytyw,

– udzielania i potwierdzania poręczeń.

Nowelizacja zakazałaby stosowania BTE w odniesieniu do prowadzenia rachunków bankowych, wydawania kart płatniczych i przeprowadzania operacji przy ich użyciu oraz dokonywania terminowych operacji finansowych. Takie ograniczenie uzasadnia się przede wszystkim odmiennym charakterem powyższych sytuacji.

W przypadku pierwszej grupy wymienionych czynności działalność banku ma charakter strictekredytowy lub gwarancyjny. Decyzja o udostępnieniu środków kredytobiorcy lub o udzieleniu gwarancji dla zabezpieczenia transakcji poprzedzona jest zazwyczaj wnikliwą analizą sytuacji majątkowej klienta. Rzadko zdarza się, by bank nie zadbał również o właściwe zabezpieczenie swojego zobowiązania.

Przy tego rodzaju czynnościach skorzystanie przez bank z dobrodziejstwa BTE byłoby zapewne ostatecznością – poprzedzoną próbami restrukturyzacji zadłużenia, obniżeniem wysokości kredytu lub gwarancji, czy też wykorzystaniem przysługujących zabezpieczeń. Innymi słowy ustawodawca (a właściwie projektodawca) optymistycznie zakłada, że bank nie udzieli gwarancji lub kredytu podmiotowi, w stosunku do którego konieczne byłoby korzystanie z BTE. A przynajmniej, że będą to sytuacje bardzo rzadkie.

Pozostawienie poza zakresem oddziaływania BTE zadłużenia m.in. z tytułu kart debetowych lub kredytowych (druga grupa wymienionych czynności) uzasadniana jest brakiem wnikliwego badania sytuacji majątkowej klienta. Ryzyko niespłacenia zadłużenia jest wyższe niż w przypadku kredytu. By nie narażać konsumentów na szybką i zaskakującą ścieżkę egzekucji, ustawodawca zamierza odebrać bankom przywilej w postaci BTE.

Na marginesie wskazać należy, że o ile ratio legis tej zmiany jest oczywiście prokonsumenckie, o tyle ekonomiczny skutek nowelizacji może być sprzeczny z interesami konsumentów. Bez BTE przy kartach płatniczych banki będą je po prostu rzadziej wydawać. W podobny sposób ewentualne skutki usunięcia BTE z systemu prawnego sygnalizował również Trybunał Konstytucyjny w wyroku o sygnaturze P 10/04 z dnia 26 stycznia 2005 roku, w którym orzekł o konstytucyjności tej instytucji.

Wyrok TK P 10/04 z 26 stycznia 2005 roku

W konkretnej zaś rzeczywistości, w której dostępność kredytu jest stosunkowo niska, jego koszty relatywnie wysokie, a wiarygodność kredytobiorcy jest umacniana poprzez szereg równolegle istniejących zabezpieczeń żądanych przez wierzyciela, nie można wykluczyć, że formalna poprawa sytuacji klienta banku, polegająca na rezygnacji z instytucji bankowego tytułu egzekucyjnego, prowadzić może de facto do sytuacji zgoła odwrotnej, a więc pogorszenia sytuacji konsumenta.

 

Jeśli proponowane założenia zostaną wprowadzone w życie, to bez wątpienia powinna spaść liczba skarg obywateli na nieuczciwe i zaskakujące działania instytucji kredytowych. Najpierw musiałyby one zawiadomić klienta o zadłużeniu i jego wysokości. Zastrzeżono przy tym, że bankowi przysługiwałby określony termin od dokonania zawiadomienia (np. 14-dniowy) na wystawienie BTE. Po skorzystaniu z tego uprawnienia bank informowałby o tym fakcie klienta.

Przed uzyskaniem pisemnego oświadczenia o poddaniu się egzekucji konieczne byłoby poinformowanie klienta o prawnych i ekonomicznych skutkach dokonywanych czynności. Póki co w założeniach do projektu nie wskazano precyzyjnie, o czym dokładnie trzeba by zawiadomić klienta. Pewne jest jednak, że wraz z oświadczeniem o poddaniu się egzekucji klient podpisze drugie oświadczenie, w którym przyzna, że zrozumiał co podpisał.
Niedochowanie przez bank powyższych obowiązków informacyjnych może mieć dla niego doniosłe (i dotkliwe) skutki. Projektodawca wyszedł ze słusznego skądinąd założenia, że brak sankcji za lekceważenie nowych przepisów uczyni nowelizację bezskuteczną. Dlatego też w celu zdyscyplinowania banków w planach jest nowelizacja również art. 7862 Kodeksu postępowania cywilnego. Przed nadaniem klauzuli wykonalności BTE sąd zbada, czy dochowane zostały wymogi informacyjne. Udowodnienie tej okoliczności spocznie na wnioskodawcy. A zatem właściwe poinformowanie kredytobiorcy lub beneficjenta gwarancji (i udokumentowanie tego faktu) będzie nie tylko obowiązkiem, lecz także interesem banku.

Założenia jak to założenia – wiemy, że coś się zmieni, mniej więcej wiemy jak. Pomysł i materiał powstały w poprzedniej kadencji Sejmu. Wynik wyborczy pozwala sądzić, że prace będą kontynuowane, a ich efekty przybiorą bardziej skonkretyzowaną formę. Zakładanie się o to, jaki kształt przyjmie ostatecznie BTE jest niemądre, nie tylko ze względu na rygoryzm nowej ustawy hazardowej i nieprzewidywalność ustawodawcy. Mimo kryzysu beneficjentów BTE z pewnością stać na skutecznych lobbystów. Organizacje konsumenckie zaś są słabsze i o wiele biedniejsze.

 

Źródło: Money.pl

Rynek kredytów dołuje. Najgorzej od czterech lat

Banki udzieliły w pierwszym kwartale 2013 r. o 12,46 proc. mniej kredytów mieszkaniowych niż pod koniec 2012 roku, a ich wartość zmniejszyła się o 9,34 proc. – wynika z raportu Związku Banków Polskich. W segmencie kredytów hipotecznych I kwartał br. był najgorszy od 2009 r.

Jacek Furga ze ZBP podkreślił podczas wtorkowej konferencji prasowej, że przez trzy pierwsze miesiące tego roku banki udzieliły 41,5 tys. kredytów hipotecznych o wartości 8 mld zł.

– To poziomy nieprzekraczające połowy tych wyników, które mieliśmy jeszcze w III czy II kwartale roku 2008, kiedy udzielaliśmy w ciągu kwartału około 80-85 tys. kredytów na kwotę 16-17 mld zł – powiedział. Dodał, że zewnętrzne wskaźniki makroekonomiczne wskazywałyby na inny obraz. – Ceny urealnione, czyli oczyszczone z inflacji mamy na poziomie roku 2006 – poinformował Furga. Jego zdaniem po kredyt powinni więc sięgać teraz ci, którzy nie zdążyli kupić mieszkania przed boomem hipotecznym.

Furga dodał, że z rynku płyną jednak sygnały, że coraz więcej transakcji na rynku nieruchomości jest finansowane bez kredytu, środkami własnymi.
Kilka powodów

Z przygotowanego przez Związek Banków Polskich i opublikowanego we wtorek raportu AMRON-SARFiN o kredytach mieszkaniowych i cenach transakcyjnych nieruchomości wynika, że po pierwszych trzech miesiącach 2013 r. całkowity stan zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych wzrósł o 1,48 proc. w porównaniu z IV kwartałem ub. r. Portfel zadłużenia gospodarstw domowych przekroczył 321 mld zł wobec 316,3 mld zł w IV kwartale 2012 r.

W I kwartale 2013 r. średnia wartości udzielonego kredytu wzrosła o 5 tys. 868 zł, czyli o 3,20 proc. w porównaniu do IV kwartału 2012 r. Średnia wartość kredytu mieszkaniowego wyniosła 189 tys. 27 zł. W badanym okresie o 6 tys. 530 zł (3,6 proc.) wzrosła również przeciętna wartość kredytu złotowego i na koniec marca wyniosła 188 tys. 80 zł, podczas gdy średnia wartość kredytu denominowanego w walutach obcych spadła o 29 tys. 230 zł (5,84 proc.) do 471 tys. 439 zł.

Zdaniem ZBP najsłabsze od 2009 r. wyniki akcji kredytowej były m.in. spowodowane wygaszeniem programu „Rodzina na Swoim” i trudną sytuacją gospodarczą. Dodatkowo średnie ceny metra kwadratowego finansowanych nieruchomości mieszkaniowych po wielu miesiącach spadków nieznacznie wzrosły.

Kolejny trudny rok

Zdaniem specjalistów miniony rok nie był dobrym okresem dla rynku mieszkaniowego. Wiele wskazuje również na to, że ten rok wcale nie będzie lepszy.

– Pierwsze trzy miesiące tego roku potwierdzają nasze przewidywania, że ten rok na rynku mieszkaniowym będzie bardzo trudny. Mówiliśmy wielokrotnie, że likwidacja programu wsparcia bez jednoczesnego uruchomienia nowych propozycji będzie miała bardzo negatywne konsekwencje. Luka między programami wyniesie aż 12 miesięcy, w kolejnych kwartałach możemy zatem oczekiwać dalszych spadków lub – w najlepszym razie – stagnacji” – powiedział prezes ZBP Krzysztof Pietraszkiewicz.

Zdaniem Związku wiele osób będzie starało się odwlekać decyzję o zakupie własnego mieszkania do nowego roku, aby móc skorzystać z rządowego wsparcia. Bankowcy są zdania, że mimo niskich stóp procentowych, stosunkowo pesymistyczne przewidywania odnośnie rozwoju sytuacji gospodarczej kraju nie skłaniają do podejmowania długoterminowych zobowiązań kredytowych.

Według autorów raportu program „Mieszkanie dla Młodych” nie rozwiąże wszystkich problemów, bowiem w porównaniu z programem „Rodzina na Swoim” obejmie znacznie mniej osób. Zakłada on dofinansowanie zakupów mieszkań na rynku pierwotnym, czyli eliminuje automatycznie około 50 proc. powiatów, gdzie produkcja deweloperska jest słabiej rozwinięta. Wskazano, że program ten zakłada też bardzo niskie limity, a jego budżet jest znacznie mniejszy.

Autor: mn/ja / Źródło: PAP

Ogłoszono Najlepsze Banki 2011

Podczas uroczystej gali ogłoszono zwycięzców konkursu Gazety Bankowej, w którym po raz 19. wyłoniono najlepsze banki w kategoriach: Banki Duże, Małe i Średnie, Spółdzielcze.

W 2010 r. widoczne były pozytywne efekty podjętych wcześniej działań restrukturyzacyjnych oraz w niektórych przypadkach budowania przewagi konkurencyjnej – powiedział Łukasz Bystrzyński, partner z działu doradztwa dla sektora finansowego w PwC. – Znalazło to potwierdzenie w poprawiającej się kondycji i wynikach finansowych sektora bankowego, m.in. wyższym wyniku z tytułu odsetek oraz opłat i prowizji, jak również ustabilizowaniu się skali odpisów na ryzyko kredytowe. Niektóre banki osiągnęły zwrot z kapitału na poziomie ok. 15% i powyżej.

Oprócz głównych nagród, w każdej z kategorii przyznano wyróżnienia. Banki uszeregowano według kryteriów: aktywa/pasywa, rachunek wyników, dynamika i efektywność pozycji rynkowej, struktura portfela oraz poziom zysków osiągniętych w 2010 roku.

Banki Duże:

Nagroda główna – Nordea Bank Polska S.A.
Najwyższa dynamika – Getin Noble Bank S.A.
Najlepsza struktura portfela – Bank Millennium S.A.
Najlepsza efektywność – Bank Zachodni WBK S.A.

Banki Małe i Średnie:

Nagroda główna oraz za najwyższą dynamikę – Bank Polskiej Spółdzielczości SA
Najlepsza struktura portfela – Bank Ochrony Środowiska S.A.
Najlepsza efektywność – ex aequo: Bank of Tokio Mitsubishi UFJ (Polska) oraz Fiat Bank Polska S.A.

Banki Spółdzielcze:

Nagroda główna – Bank Spółdzielczy w Jarosławiu
Najwyższa dynamika – BS w Santoku
Najlepsza struktura portfela – BS w Otwocku
Najlepsza efektywność – BS w Brzeźnicy

Najlepszy SKOK:

1 miejsce – KASA Stefczyka
2 miejsce – SKOK Wołomin
3 miejsce – Wielkopolska SKOK

Statuetkę Bankowy Menedżer Roku 2010 odebrał Włodzimierz Kiciński, prezes Nordea Bank Polska. Nagrodę Specjalną „Nowe Horyzonty Finansów” otrzymał Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA za tworzenie nowego oblicza informacji kredytowej w Polsce.

Konkurs został przygotowany wspólnie z PwC i przy udziale niezależnego jury pod przewodnictwem prof. Małgorzaty Zaleskiej.

Żródło: di.com.pl

12 procent na lokacie? Na takie oferty trzeba uważać

Produkty finansowe kuszące wysokimi zyskami, wcale zysku nie gwarantują. Na takich lokatach ryzykujemy kwotą odsetek od lokaty, którą moglibyśmy zarobić w okresie naszej inwestycji.

W bankach czy firmach doradztwa finansowego klientom zainteresowanym oszczędzaniem bez ryzyka najczęściej proponowane są obecnie dwa rodzaje produktów – tradycyjna lokata oraz tzw. lokata strukturyzowana. Warto wiedzieć, że lokata strukturyzowana de facto nie jest lokatą, a znacznie bardziej złożonym produktem finansowym.

W przypadku lokat strukturyzowanych klienci są kuszeni możliwością atrakcyjnych zysków bez ryzyka, bo kapitał jest gwarantowany. 4 proc. czy 5 proc. na tradycyjnej lokacie wygląda marnie w porównaniu z 12 proc. czy 20 proc. dla historycznych wyników produktów strukturyzowanych. A słowo gwarancja kapitału działa doskonale. Jednak lokata strukturyzowana, w przeciwieństwie do tej tradycyjnej, nie gwarantuje osiągnięcia zysku.

Mimo to widząc propozycję atrakcyjnego produktu finansowego, który patrząc wstecz przyniósłby wysokie zyski, zwłaszcza w porównaniu z oprocentowaniem tradycyjnych lokat, ulegamy pokusie. Mamy wrażenie, że zachowaliśmy się całkowicie racjonalnie.

Wybraliśmy przecież wyższy zysk, nic przy tym nie ryzykując. A co się wydarzyło tak naprawdę? Po pierwsze zaryzykowaliśmy właśnie kwotą odsetek od lokaty, którą moglibyśmy zarobić w okresie naszej inwestycji.

Po drugie prawdopodobnie wydłużyliśmy czas trwania naszej inwestycji i zablokowaliśmy zainwestowane środki na okres dłuższy, niż pierwotnie zamierzaliśmy. Ponadto wcześniejsza rezygnacja z tej inwestycji oznacza zapewne utratę pewnej części naszych środków.

Po trzecie w jakimś sensie staliśmy się hazardzistami. Założyliśmy się z rynkami finansowymi. Decydując się na produkt, którego zysk zależy na przykład od zmiany kursu euro, zmiany ceny złota, zmiany ceny akcji firmy X lub indeksu giełdowego Y nie robimy nic innego niż podjęcie zakładu, czy coś takiego nastąpi czy też nie. Jeśli zastąpimy określenie produkt strukturyzowany określeniem zakład to być może lepiej zrozumiemy, na co tak naprawdę się decydujemy. Jeśli z kimś się zakładamy to zwykle robimy to, bo mamy głębokie przekonanie, że mamy racje.

Czy jest tak w momencie, kiedy decydujemy się na zakup lokaty strukturyzowanej? Czy rzeczywiście mamy takie głębokie przekonanie, że kurs euro za rok czy dwa lata będzie na poziomie X, jesteśmy ekspertem i potrafimy przewidzieć wartość indeksu giełdowego Y? Niestety odpowiedź na te pytania często jest negatywna. Nie znamy się na rynkach finansowych, a mimo to jesteśmy gotowi podejmować z nimi zakłady. Pamiętajmy, jeśli ktoś jest gotów się z nami o coś założyć, to wierzy, że ten zakład wygra. Różnica na naszą niekorzyść jest taka, że tego typu zakłady to jego praca i źródło utrzymania. Oczywiście może się pomylić, jak każdy. Pytanie tylko czy szanse na pomyłkę są takie same po jego i naszej stronie?

Wreszcie, po czwarte, prawdopodobnie nie dokonaliśmy dokładnej analizy produktu, który kupiliśmy. Czy rzeczywiście wiemy i rozumiemy jak będą wyliczane nasze zyski? Czy wiemy jakie są ograniczenia dotyczące osiągnięcia tych zysków? Czy wiemy jakie są konsekwencję rozwiązania umowy przed terminem? Są to kluczowe pytania, na które powinniśmy znać odpowiedź, o ile zdecydowaliśmy się na zakup takiego produktu.

Reasumując – klient, który kupuje produkt strukturyzowany powinien zastanowić się: czy rzeczywiście rozumie, jakiego rodzaju ryzyko podejmuje, czy potrafi ocenić szansę swojej wygranej w tym zakładzie, czy na pewno jest gotów zaryzykować pewne 5 proc. na lokacie dla bliżej nieokreślonej perspektywy dodatkowego zarobku?

Lokata na 12 proc., 15 proc. czy 20 proc. na pewno nie jest tradycyjną lokatą, warto więc przed podjęciem decyzji sprawdzić czym zatem jest.

źródło: Money.pl

Tags,

Nowe przepisy o kredytach hipotecznych już obowiązują

Nowe zapisy Rekomendacji S wydanej przez Komisję Nadzoru Finansowego zaczęły obowiązywać od pierwszego stycznia, ale wiele banków już dostosowało swoją ofertę do zaleceń nadzoru.

Skutkiem jest malejąca drastycznie oferta kredytów walutowych. I chociaż teoretycznie pożyczenie pieniędzy na zakup własnego mieszkania nadal będzie możliwe, to w praktyce wyśrubowane wymogi spełnią nieliczni. Pocieszeniem dla klientów myślących o skredytowaniu zakupu własnego m może być to, że zdaniem ekspertów od rynku nieruchomości ceny powinny jeszcze spadać.

Po Nowym Roku, przy kredycie walutowym stosunek spłacanych rat do wszystkich dochodów kredytobiorcy nie będzie mógł przekroczyć 42 proc. (obecnie w zależności od dochodów jest to 50 i 65 proc.).

Druga zmianą jest przyjęcie założenia, że przy analizie zdolności kredytowej bank będzie brał pod uwagę okres maksymalnie 25 lat (nawet jeśli klient będzie chciał zaciągnąć kredyt na dłużej). Przez to oszacowane raty będą wyższe, co może także wpłynąć negatywnie na możliwość pozyskania kredytu.

– Rekomendacja S, choć jeszcze nie została wprowadzona, już od kilku miesięcy wpływa na postawy banków, które szybko zareagowały i zaczęły ciężar swojej działalności przenosić z kredytów walutowych na złotowe – mówi Marcin Krasoń, analityk Open Finance.

Praktycznie większość banków wycofała się już latem z udzielania kredytów we franku szwajcarskim. W ubiegłym tygodniu uczynił to także PKO BP. Obecnie w szwajcarskiej walucie możemy zadłużyć się tylko w Nordea Bank, ale wymogi stawiane klientom sprawiają, że oferta ta jest zaporowa. Żeby w ogóle myśleć o takiej pożyczce gospodarstwo domowe musi mieć dochód minimum 15 tys. zł,

Podobny exodus widać teraz w przypadku kredytów w euro. Oferują je jeszcze: Alior Bank, Bank Ochrony Środowiska, BZ WBK, Credit Agricole, Deutsche Bank, DnB Nord, Getin Noble Bank, Kredyt Bank, mBank/Multibank, Bank Nordea, PKO BP (pracuje nad wycofaniem), Polbank i Raiffeisen.

– To, że te banki mają w ofercie kredyty w euro, nie jest jednoznaczne z tym że ich udzielają. Czasami jest to tylko oferta teoretyczna, bo albo są bardzo wysokie marże tak jak w Getin Noble Bank, albo czas oczekiwania na decyzję kredytową jest bardzo długi jak w DnB Nord i w Nordea – mówi Michał Krajkowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus.

Z szacunków firm działających na rynku kredytów hipotecznych widać zresztą, że odsetek kredytobiorców pożyczających pieniądze w walutach obcych systematycznie spada.
Rata niższa o kilkaset złotych

Zainteresowanie kredytobiorców euro jako walutą kredytu wynika przed wszystkim stąd, że rata jest znacznie mniejsza niż w przypadku kredytów w złotych. Przeciętny kredyt, o który wnioskowali klienci Home Broker w listopadzie miał wartość ok. 290 tys. zł. Taki kredyt, udzielony na 30 lat w złotych kosztowałby co miesiąc prawie 1780 zł (oprocentowanie 6,22 proc., mediana rynku w grudniu 2011).

Przeciętny kredyt w euro miałby oprocentowanie 3,54 proc.i miesięczna rata wyniosłaby poniżej 1310 zł, a kredyt we franku kosztowałby 3,30 proc.przy miesięcznej racie 1270 zł. Ten ostatni jest jednak obecnie dostępny tylko w jednym banku (Nordea – ale żeby dostać tam kredyt w CHF trzeba udokumentować dochody gospodarstwa na poziomie 15 tys. zł netto; poza tym, jak już wspomniano bank przekierunkowuje klientów zainteresowanych walutą na złote).

Do zaciągania kredytów walutowych skłaniają oczekiwania umocnienia złotego względem euro w dłuższej perspektywie, a także spadające stopy procentowe EBC. Główna stopa EBC znajduje się na rekordowo niskim poziomie 1 proc., po dwóch obniżkach o 25 punktów bazowych w listopadzie i w grudniu. Ale – jak wynika z doświadczenia doradców Home Broker – część kredytobiorców obawia się dziś zaciągania zobowiązań w euro w związku z groźbą rozpadu unii walutowej. Kredyty w europejskiej walucie zyskały popularność w ostatnich latach

Według danych ZBP, największy udział w sprzedaży (23,6 proc.) miały w II kwartale 2010 roku. W III kwartale 2011 roku udział ten wynosił 11,8 procenta.

Kredyty w euro mają wyższe marże niż kredyty w złotych. W przypadku tych pierwszych średnia marża to 2 proc.(mediana), a w przypadku tych drugich – 1,25 proc.(kredyt na 300 tys. zł, 30 lat, 25 proc.wkładu własnego). Problemem jest też zdolność kredytowa, która w euro już dziś jest niższa niż w złotych. W przypadku 3-osobowej rodziny o dochodzie netto 5 tys. zł wynosi 327 tys. zł wobec 389 tys. zł w przypadku kredytu w złotych.

Pamiętaj o tym zaciągając kredyt hipotecznyOstrożnie należy podchodzić do ofert promocyjnych, w ramach których w początkowych latach spłaty mamy obniżoną marżę kredytową. Rata wyliczona przy obniżonej marży wydaje się bowiem bardzo atrakcyjna. Jednak okres promocji trwa maksymalnie 5 lat, a kredyt będziemy spłacali przez 30 lat. Najważniejsza jest więc wysokość marży, która będzie obowiązywała przez większość okresu kredytowania. To ta wartość w największym stopniu decyduje o koszcie kredytu.

Rozważnie należy podejmować nawet teoretycznie błahe decyzje jak wybór dnia spłaty raty. Zwykle wyznaczamy ją w taki sposób, aby płatność przypadała niedługo po otrzymaniu wynagrodzenia. Jednak w ciągu kilkudziesięciu lat zapewne kilkakrotnie zmienimy pracę. Wraz z nimi może się zmieniać dzień otrzymywania pieniędzy.

Tymczasem dzień spłaty raty jest wpisany do umowy kredytowej. Zmiana tej wartości wymaga więc podpisania aneksu i zapłacenia prowizji. W najlepszym przypadku koszt takiej operacji wynosi ok. 100 zł, a w najgorszym nawet 0,5 proc. wartości zadłużenia.

Zanim wybierzemy ofertę kredytu hipotecznego należy więc dokładnie przeanalizować nie tylko jego podstawowe parametry. Okres spłaty takiego kredytu jest bowiem na tyle długi, że w tym czasie bardzo wiele może się zmienić w naszym życiu. Warto więc samemu zabezpieczyć się dzięki oszczędnościom. Dodatkowo należy sprawdzić co nas czeka jeśli będziemy chcieli zmienić umowę kredytową lub na jakiś czas zawiesić spłatę.

Źródło: Money.pl

Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym coraz bliżej

Wszyscy, a nie tylko osoby starsze, będą mogli zaciągnąć odwrócony kredyt hipoteczny, ponadto będzie go można spłacić przed terminem albo odstąpić od umowy – przewiduje projektu ustawy Ministerstwa Finansów o odwróconym kredycie hipotecznym.

Już na pierwszym posiedzeniu rząd będzie chciał przyjąć założenia do ustawy do projektu ustawy o odwróconym kredycie hipotecznym. Założenia powstały po trwających wiele miesięcy uzgodnieniach m.in. z innymi resortami, Związkiem Banków Polskich, Krajowym Związkiem Banków Spółdzielczych, Krajową Spółdzielczą Kasą Oszczędnościowo-Kredytową.

Odwrócony kredyt hipoteczny to usługa kierowana zwłaszcza do osób starszych, jako uzupełnienie ich skromnej emerytury. Polega na tym, że bank udziela kredytu, którego zabezpieczeniem jest hipoteka ustanowiona na domu lub mieszkaniu albo prawie do nieruchomości np. spółdzielczym własnościowym prawie do lokalu. Kredytobiorca nie musi za życia spłacać kredytu – choć może – i do śmierci pozostaje właścicielem nieruchomości lub prawa do niej.

Po śmierci prawo do nieruchomości zostaje przeniesione na bank, ale spadkobiercy mogą zdecydować się na spłatę kredytu po zmarłym. Dzięki temu zachowują prawo do nieruchomości. Jeżeli tak nie zdecydują, bank przejmuje własność nieruchomości, ale musi wypłacić spadkobiercom różnicę między wartością kredytu, jaka została do spłaty (z odsetkami i innymi należnościami) a wartością przejmowanej nieruchomości.

Spadkobiercy mieliby rok na spłatę kredytu po zmarłym albo mogliby otrzymać różnicę między wartością nieruchomości a roszczeniem banku. Wprowadzono również możliwość wycofania się z umowy; kredytobiorca ma prawo odstąpić od umowy w ciągu 30 dni od zawarcia umowy, bez podania przyczyny. W takiej sytuacji nie ponosiłby kosztów związanych z odstąpieniem od umowy. Musiałby tylko spłacić odsetki za okres od dnia przekazania mu kredytu do dnia jego spłaty.

Wprowadzono też prawo do przedterminowej spłaty kredytu. Kredytobiorca może go spłacić w każdym momencie, a bank nie mógłby żądać za to prowizji. W takiej sytuacji kredytobiorca nie płaciłby oprocentowania, prowizji i opłat za okres po spłacie kredytu.

Bank wypłacałby kwotę kredytu dożywotnio albo jednorazowo, zależnie od decyzji samego kredytobiorcy. Kredytobiorca sam ma decydować, na co przeznaczyć pieniądze. Ponieważ kredytobiorca nie musi spłacać kredytu za życia, bank może nie badać jego zdolności kredytowej. Musi natomiast sprawdzić, jakie inne zobowiązania zaciągnął kredytobiorca i czy nieruchomość nie jest już zabezpieczeniem np. innego kredytu.

Ustawa nakłada na banki ścisłe wymogi informacyjne o warunkach kredytu; w tym celu musiałyby wypełniać jednolity arkusz informacyjny. Wynika to z faktu, że kredyt ma być z założenia kierowany do osób starszych, które mogą mieć trudności ze zrozumieniem i porównaniem ofert. Chodzi o to, by im to ułatwić. Przekazywane informacje nie będą jednak wiążącą ofertą.

Oferta banków nie dla wszystkich

Resort finansów przewiduje w założeniach, że mężczyźni pożyją jeszcze 10 lat, a kobiety 16 i w tym czasie co miesiąc bank wypłacałby im określoną kwotę. Oznacza to w praktyce, że odwrócony kredyt dostaną jedynie osoby posiadające większe mieszkania w dużych miastach.

Kredytobiorca musi jednak dbać o nieruchomość, by jej stan się nie pogarszał. Musi też ubezpieczyć ją od zdarzeń losowych. Nie powinien również zalegać z opłatami i podatkiem od nieruchomości. Gdyby jednak miał kłopoty z wypełnianiem tych obowiązków, np. z powodu kłopotów zdrowotnych, wówczas bank musiałby mu najpierw wyznaczyć termin, ale nie krótszy niż 30 dni, na uregulowanie zaległych spraw. W założeniach nie przewidziano szczególnych rozwiązań podatkowych dla kredytodawców.

Dziś nie ma w Polsce przepisów dotyczących odwróconego kredytu hipotecznego. Odwrócony kredyt hipoteczny jest oferowany – na podstawie obowiązujących przepisów krajowych – w 10 państwach UE m.in. Wielkiej Brytanii (gdzie tego typu produkt bankowy jest najbardziej rozwinięty w ramach UE), Hiszpanii, Szwecji, Niemczech, Finlandii, Holandii, Węgrzech, Włoszech, Francji. Tego rodzaju kredyt jest też dostępny np. w Stanach Zjednoczonych.

Źródło: Money.pl

Coraz trudniej o kredyt

NOWE PRZEPISY OBNIŻĄ ZDOLNOŚĆ KREDYTOWĄ

Zła wiadomość dla wszystkich, którzy będą starali się o kredyt hipoteczny. Od stycznia nowe przepisy obniżą naszą zdolność kredytową, a banki podniosą marże, prowizje i opłaty. Szczegóły zmian przypomina „Rzeczpospolita”.
Jak pisze „Rz”, od stycznia o kredyt będzie trudniej. Zdolność kredytowa klientów będzie wyliczana maksymalnie dla okresu 25 lat, nawet jeśli kredyt zostanie udzielony na dłuższy okres. Osoby o stosunkowo niskich dochodach będą mogły więc pożyczyć mniej. Z wyliczeń Michała Fidzińskiego z porównywarki finansowej Comperia.pl wynika, że 30-latek zarabiający 3 tys. zł netto może dziś, zadłużając się na 35 lat, dostać 211 tys. zł. Po Nowym Roku bank pożyczy mu o 17 tys. zł mniej. Doradcy szacują, że po wprowadzeniu nowych zasad udzielania kredytów ok. 15 proc. osób może wcale kredytu nie dostać lub dostać go znacznie mniej.

Dodatkowo, na comiesięczne spłaty będzie można przeznaczyć nie więcej niż połowę dochodów (w przypadku zarabiających nie więcej niż średnią krajową), lub 65 proc. dochodów (dla zarabiających więcej).

Będą też nowe obostrzenia dla kredytobiorców zaciągających pożyczkę w obcej walucie. W ich przypadku, rata nie będzie mogła przekroczyć 42 proc. dochodów. W dłuższej perspektywie pożyczki walutowe mają w ogóle zniknąć.

Drożej już od stycznia

Kredyt będzie również droższy. Od stycznia banki planują podnieść opłaty, prowizje i marże. Niektóre banki już zdecydowały o podwyżce. Średnia marża dla pożyczek wynosi dziś 1,27 proc. Dodatkowo przez wzrost rynkowych stóp procentowych wzrosło również oprocentowanie kredytów z 5,54 proc. na początku roku do 6,22 proc. obecnie.

Zmienią się też zasady przyznawania pożyczek konsumenckich – od nowego roku zlikwidowany zostanie maksymalny prób prowizji i innych kosztów (do tej pory nie mogły one przekraczać 5 proc. udzielonego kredytu).

Na koniec III kwartału br. kredyt hipoteczny miało ponad 1,6 mln Polaków, a jego średnia wysokość to 208 tys. zł.

Jeśli ktoś planuje wzięcie kredytu hipotecznego na dotychczasowych zasadach, musi złożyć wniosek kredytowy do końca grudnia.

Kredyty we frankach. Spłacasz, a dług rośnie!

Kredytobiorca, który cztery lata temu pożyczył we frankach 200 tysięcy zł i sumiennie spłaca raty, dziś musiałby oddać bankowi o 50 tysięcy złotych więcej niż w 2007 roku. Ostatnie zawirowania na rynku walutowym są tylko chwilowe – twierdzą analitycy. Zamiast śrubowania nowych rekordów frank będzie się systematycznie osłabiał i za kilka miesięcy będzie kosztować 3,1 złotego.

Umocnienie franka w ostatnich tygodniach sprawiło, że kredytobiorcy nerwowo obserwowali sytuację na rynku walutowym. Coraz głośniej mówiło się, że rekordowy poziom z lutego 2009 roku – 3,33 zł – może zostać przebity. A to oznaczałoby, że Polacy zadłużeni we franku musieliby płacić coraz wyższe raty.

Już teraz – przy kursie na poziomie 3,25 zł – rata 30-letniego kredytu we franku szwajcarskim, zaciągniętego w czerwcu 2007 roku na kwotę 200 tys. zł, wynosi 942 zł. To o 20 złotych więcej niż w momencie podpisywania umowy. Byłaby dużo wyższa, gdyby nie to, że w ciągu czterech lat oprocentowanie przykładowego kredytu [LIBOR 3M CHF+1,25 proc. marży] spadło z 3,75 do 1,43 procent. To zamortyzowało wpływ drożejącego franka. Gdyby oprocentowanie utrzymało się na poziomie sprzed czterech lat rata kredytu wzrosłaby do niemal 1280 złotych.

Wzrost kursu – z poziomu 2,35 zł przed czterema laty do obecnego, oscylującego w okolicach 3,25 zł – sprawił za to, że choć posiadacz naszego, przykładowego kredytu jest dziś winny bankowi 77 tysięcy franków, czyli o około osiem tysięcy mniej niż cztery lata temu, to jego zadłużenie liczone w polskiej walucie zwiększyło się o około 50 tys. zł. Gdyby frank kosztował dziś 3,5 złotego – a tego spodziewają się najwięksi pesymiści – Zadłużenie wynosiłoby aż 270 tys. zł. Nie licząc odsetek.

Frank straci na wartości?

Póki co kredyty we frankach należą do tych najsumienniej spłacanych, ale to mogłoby się zmienić wraz z szybującym kursem szwajcarskiej waluty. Analitycy jednak uspokajają. Ich zdaniem najgorsze już za nami. A najbliższe miesiące przyniosą systematyczny – choć wahania nie są wykluczone – spadek wartości franka.

Największe poziomy wartości szwajcarskiej waluty mamy już za sobą – mówi Marcin Kiepas, analityk X TRade Brokers. – Sytuacja w strefie euro uspokoiła się na tyle, że inwestorzy nie będą uciekać od wspólnej waluty. Poziom franka w najbliższych tygodniach może zbliżać się do poziomu 3,30 zł, jednak nie przebije tej granicy i w perspektywie czterech miesięcy osłabi się do poziomu 310-3,20 zł – prognozuje.

Przemawiają za tym dwa argumenty. – Grecja najprawdopodobniej otrzyma kolejną transzę pomocy w wysokości 12 mld euro. Uspokoiła się także sytuacja wokół: Hiszpanii, Portugalii i Włoch – mówi Kiepas i wskazuje na niechęć Szwajcarów do zacieśniania polityki monetarnej.

– Inflacja utrzymuje się na niskim poziomie, tamtejszy bank centralny nie zdecyduje się na podniesienie stóp procentowych – przewiduje.

W podobnym tonie wypowiada się Dorota Strauch, analityk Raiffeisen Bank. – Niemal pewna pomoc dla Grecji uspokoi sytuację na rynku walutowym. Testowanie rekordowego poziomu franka czyli 3,33 złotych to już przeszłość. W ciągu czterech najbliższych miesięcy poziom szwajcarskiej waluty spadnie do 3,10 złotych – przewiduje.

Poziom zbliżony do 3,10 złotego za franka w perspektywie czterech miesięcy wskazuje też Konrad Majdański z DMK Alpha. – Inwestorzy zdyskontowali już problemy związane z długami Grecji i kłopotami pozostałych krajów strefy euro. Będziemy mieli do czynienia z wahaniami, ale w najbliższych tygodniach frank nie przebije granicy 3,30 zł – uważa analityk.

Jeżeli te prognozy się sprawdzą, a stopy procentowe w Szwajcarii pozostaną bez zmian rata naszego, przykładowego kredytu spadnie do poziomu 899 zł.

Zdecydowanie bardziej sceptyczny jest analityk Money.pl, Artur Nawrocki. – Oczywiście można uważać, że frank jest wyceniony zbyt drogo, jednak to co się dzieje zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Unii Europejskiej nie napawa optymizmem. Z jednej strony mamy drukowanie pieniędzy na niespotkaną dotąd skalę w USA, a z drugiej bardzo poważny kryzys zadłużeniowy w strefie euro. Dolar i euro, które uchodziły dotąd za bezpieczne, tracą na zaufaniu. Inwestorzy pożądają franka, dlatego w okresie czterech miesięcy powinien znaleźć się powyżej poziomu 3,30 zł – prognozuje.

Polacy pożyczyli we frankach miliardy

Wahania kursu franka niepokoją Polaków, bo w tej walucie w bankach zadłużona jest mniej więcej połowa z półtoramilionowej rzeszy Polaków, którzy pożyczyli 270 mld zł na nowe mieszkania i domy.

o w zdecydowanej większości osoby, które kredyt wzięły w latach 2007 – 2008, gdy frank kosztował nawet poniżej dwóch złotych, a banki lekką ręką rozdawały pożyczki denominowane w tej walucie.

Polacy chętnie zadłużali się we franku, bo rata kredytu była znacznie niższa niż w przypadku pożyczek w złotych. Niewiele osób przejmowało się ryzykiem kursowym. Jednak, gdy pod koniec 2008 roku wraz z wybuchem kryzysu na rynek walutowy wkradła się niepewność, kurs szwajcarskiej waluty poszybował w górę. Frank był rekordowo drogi w lutym 2009 r. Kosztował wtedy 3,33 zł.

Banki przykręciły kurek z walutowymi kredytami. W efekcie na początku ubiegłego roku – mimo tego, że rekordowo niskie stopy oraz zasada bierz kredyt w walucie, gdy jest droga, spłacaj, gdy tanieje, zachęcały do zadłużania się we franku – zaledwie co 25 udzielana pożyczka była denominowana we franku.

Z czego to wynika? Po pierwsze zdecydowanie poszedł w górę koszt pozyskania franka. Banki musiały też zacząć stosować nowe, obostrzone zasady udzielania pożyczek walutowych. Do tego nadzór finansowy wprowadził Rekomendację T, zgodnie z którą zdolność kredytowa dla pożyczki w walucie obcej musi o być 20 proc. większa niż w przypadku pożyczki w złotych.

– Ograniczenia zostały wprowadzone i cel jest powoli osiągany. W 2010 roku dynamika przyrostu nowoudzielanych pożyczek w złotych była wyższa niż kredytów walutowych. W efekcie przez ostatnie dwa lata udział zadłużenia w walutach, w całej kwocie zobowiązań z tytułu kredytów hipotecznych spadł z 79,5 do 63,3 procent – mówi Marta Chmielewska-Racławska z Komisji Nadzoru Finansowego.

A to nie koniec ograniczeń. 1 lipca wejdą w życie zapisy Rekomendacji S. Na spłatę kredytu we franku kredytobiorca nie będzie mógł wydać więcej niż 42 proc. swoich dochodów. W przypadku pożyczek w złotych, próg został ustawiony na poziomie 50 proc. dla osób zarabiających mniej niż średnia krajowa i 65 proc. dla zarabiających więcej.

– Między innymi dlatego nie spodziewam się powrotu franka do łask. W kontekście tego, że Polska raczej przystąpi do strefy euro, to właśnie wspólna waluta będzie popularniejsza – dodaje Bolesław Meluch, doradca zarządu Związku Banków Polskich.

Co ciekawe – choć banki zdecydowanie ograniczyły liczbę pożyczek udzielanych we franku – w ciągu roku zadłużenie Polaków, którzy pożyczyli we franku urosło aż o 14 mld zł. To właśnie zasługa zmiany kursu i umocnienia szwajcarskiej waluty.

Zdaniem przedstawicielki KNF do zmarginalizowania pożyczek walutowych przyczyniły się dodatkowo: wzrost świadomości klientów w kwestii ryzyka kursowego i popularność programu Rodzina na Swoim.

Miejsce szwajcarskiej waluty zajęło euro, ale mimo tego ostrożna polityka banków i rekomendacje Komisji Nadzoru Finansowego zrobiły swoje. – W I kwartale 2009 roku ponad 30 proc. nowoudzielanych kredytów było denominowanych w szwajcarskiej walucie. Dwa lata później było to zaledwie sześć procent. W I kwartale tego roku ponad 80 proc. kredytów było udzielanych w złotych – podkreśla Meluch.

Nadzór nie pozostawia złudzeń. Na zmianę nastawienia i łatwiejszy dostęp do kredytów walutowych nie ma co liczyć. – – Zmiany na rynku walutowym są bardzo dynamiczne. Dlatego bardzo dokładnie przyglądamy się polityce banków, które liberalizują politykę kredytową w walutach – dodaje Chmielewska-Racławska.

Rząd może ulżyć kredytobiorcom?

Ostatnio w niektórych mediach pojawiły się sugestie, że posiadaczom pożyczek we franku w sukurs powinien przyjść rząd. – Bo premier Węgier zamroził kurs franka dla osób spłacających kredyty hipoteczne. Nie pisze się jednak o tym, dlaczego zdecydował się na taki ruch. U nas oprocentowanie uzależnione jest od LIBORU, a tam decydowały zarządy banków. Gdy oprocentowanie na rynku spadało, rekompensowało to Polakom zadłużonym we franku wzrost kursu. Na Węgrzech banki nie cięły oprocentowania, bo nie chciały zmniejszać swoich zysków. W efekcie klient był podwójnie poszkodowany, przez wahania kursowe i wyższe od rynkowego oprocentowanie i lawinowo rosła rzesza osób, które miały problemy ze spłatą swoich zobowiązań – tłumaczy Meluch.

Źródło: money.pl

Data: 2011-06-15